sobota, 14 czerwca 2008

TATA

Tychy, dom mój własny
sobota, 14. czerwca 2008, 15:02


Poświęcam mu za mało zaangażowanego czasu.
A zapieprzał dziś przy babcinych parapetach cały sobotni ranek.

KIBIC POLSKI


Tychy, dom mój własny
czarny czwartek, 12. czerwca 2008, 21:59


...ma po prostu pecha.

Czasem wydaje się, jakby wszystko było nasze. Siatkarze - wicemistrzowie świata, już na olimpiadzie (dziś co prawda przegrali z Egiptem... no dobra, zdarza się); siatkarki - Pekin 2008; piłkarze ręczni - wicemistrzowie świata, Pekin 2008; lekkoatleci dają radę. Brakuje, owszem, hokeja na trawie, ale nie bądźmy zachłanni.

I tylko Ona - od lat niezdobyta, nieposłuszna, kapryśna, wredna, niewdzięczna, frustrująca, głupia i nielogiczna - piłka nożna. Zawsze mamy za daleko, brakuje nam szczęścia, Polska Myśl Szkoleniowa (łahahahaha...) zawodzi.
Wreszcie teraz, w tym - ochrzczonym już przez nadgorliwych - "historycznym momencie" - zdarza się coś NAPRAWDĘ okropnego (o czym za chwilę). Prawdopodobnie skończymy to Euro na fazie grupowej, bez katastrof i spektakularnych blamaży.
Jak zwykle, można winić kogokolwiek - sędziego Webb'a (który zapewne jeszcze długo będzie korzystał z policyjnej ochrony osobistej), Leo Beenhakker'a (w tym lubują się nasi światli PZPNowscy działacze - ze względów humanitarnych spuśćmy na nich zasłonę milczenia); ale tym razem polska drużyna NAPRAWDĘ nie może mieć pretensji do samej siebie. I to jest właśnie ten NAJSTRASZNIEJSZY fakt. Raz jeden, kiedy moglibyśmy pokazać, że nasza drużyna i kibice to nie panienki, które płaczą, bo ktoś ich jak zwykle skrzywdził - spotykamy się z sytuacją, kiedy faktycznie nas skrzywdzono.

...

środa, 28 maja 2008

Chciałoby się


Tychy, ul. Narcyzów
Boże Ciało, 22. maja 2008, 10:11



Żeby nie było - że znam panaceum. Nie mam też na myśli konkretnych rozwiązań. Nie zamierzam w związku z tym nikogo pouczać, co rozumie się samo przez się (tak na wszelki wypadek wolałem wyrazić się jasno). Będzie dziś wyglądało, jakbym politykował i się mądrzył, ale to tylko bajka z morałem.

Ale. Przeglądałem foty z Bożego Ciała i przyszło mi do głowy, że przydałby się ktoś, kto przed Bożą trzódką postawi taki oto znak.
Znaczy się - przed trzódką to akurat nic trudnego. Słowa z ambony spływają wszak wartko i perliście.
Ale:
1. Trudniej zrobić to przed resztą braci pasterskiej, która najbardziej sprawia wrażenie, nomen omen, "niedzielnych kierowców" (że im rączką trzeba wskazać kierunek objazdu, nierzadko bardzo stanowczo).
2. Trzódka raz popędzona, tradycyjnym pędem owczym, zawrócić się nie da. Zatem postawić przed nią znak - owszem, łatwo, ale wymóc jego spostrzeżenie - syzyfowa robota.

Jak wspomniałem, gotowych rozwiązań nie mam. Stojąc na wycieraczce szkoły mędrców, potrafię na razie tylko marudzić, jak się coś złego napatoczy. Wejdę do jej przedsionka, kiedy nauczę się marudzić bardzo głośno.

A tymczasem wiem skądinąd, jak trzódki się nie nawróci (z kazań w Piekarach, podczas ostatniej Pielgrzymki Mężczyzn, oba cytaty za info.wiara.pl):

Abp Damian Zimoń, metropolita katowicki: - Trzeba się na nowo rozradować i zachwycić pięknem małżeńskiej wspólnoty, zawieranej wobec Boga. To naprawdę jest możliwe.
Och, cudownie, ach, wspaniale. Radość, zachwyt, wspólnota. Pitu, pitu, dajcie kitu. Brakuje tylko jeszcze czegoś w stylu "natenczas onegdaj". Księże biskupie, gadacie tak między sobą w kurii?

Abp Kazimierz Nycz, metropolita warszawski: - Przeróżne historie zapisaliście zapewne – drodzy bracia – na kartach waszych minionych lat. Ale jestem pewny, że jakie by one nie były, to nikt z was nie utracił do końca tego pięknego pragnienia wielkości.
Pragnienie wielkości nigdy nas nie opuści, księże biskupie! Co noc z żoną nad tym pracujemy, i czasem nawet wychodzi!

***

Morał: w pierwszy wiraż kościelnego wyjazdu z objazdu wejdziemy dopiero, jak polski pilot przestanie mówić po bengalsku do śląskiego kierowcy tego wesołego wózka.

Koniec bajki.

niedziela, 25 maja 2008

SESJA?


Kraków, galeria Camelot & galeria fundacji Imago Mundi
piątek, 23. maja 2008, 19:07



Cztery plany, dwie modelki, komplet oświetlenia i caaaały stolik obiektywów do poczęstowania się - czyli witamy na warsztatach portretu na Miesiącu Fotografii w Krakowie.
Było nas do tego stanowczo zbyt wielu. Stąd, primo, mój szczery podziw dla dziewczyn, które pozowały. Szalenie niewygodna to ponoć dla modelki sytuacja, gdy fotografów jest więcej niż jeden. Tym razem było ich ZNACZNIE więcej niż jeden.

Muszę stwierdzić, że konfrontację Torba Reporterska vs. Studyjny Neseser zdecydowanie wygrywa ta pierwsza. Jak człowiek szuka, to najczęściej znajduje. Choć to ponoć droga jest celem, to czasem jednak trzeba gdzieś dojść, żeby - patrząc za siebie - przypomnieć sobie, po co i jak długo się właściwie szło:
Bo to był mój studyjny pierwszy raz. Wszyscy, z racji sporej ilości czynnika ludzkiego, toczyli tam cichy bój o dostęp do transmiterków, statywów, blend oraz (przede wszystkim, he he) modelek.
Kiedy z dala od tego wszystkiego nakręcałem na aparat kolejny ultraszerokokątny obiektyw z magicznego stoliczka (wszyscy inni brali się za długoogniskowe portretówki), nieśmiała żaróweczka zapłonęła tuż przy mojej skroni. - Panie Szojda, pan przyszedłeś tutaj po coś innego chyba.
Przyznałem jej rację. Opowiadanie, nawet brzydkim i bolesnym obrazem fajniejsze jest od ładnego obrazu, co - moim skromnym zdaniem - obrazuje powyższe ujęcie.


Warsztaty portretu odbyły się dzięki Sigma Pro Centrum Kraków, a poprowadził je fotografik Szymon Kobusiński.


sobota, 24 maja 2008

FUCK YOU ALL


Kraków, galeria Camelot & galeria fundacji Imago Mundi
sobota, 10. maja, 18:41



Spotkanie z jednym z najważniejszych fotografów swojej generacji - Glenem E. Friedmanem - zawdzięczam niewyobrażalnemu przypadkowi.
A wszystko za sprawą Miesiąca Fotografii, który właśnie rozpoczynał się w Krakowie.

I tak: W Krakowie byłem z okazji ślubu przeuroczej pary, Krótkiego & Olgi, i tylko ze względu na nadmiar wolnego czasu zajrzałem do kilku festiwalowych galerii. A że trwał właśnie weekend otwarcia festiwalu (w niektórych galeriach przybijano jeszcze ostatnie gwoździe pod antyramy), swoich wystaw na miejscu doglądali często sami autorzy. Glen E. Friedman był jednym z nich, a ja wlazłem do galerii, kiedy on akurat wykłócał się z jakąś lekko przerażoną blondynką o wielką reklamę firmy Nikon. Stała bowiem u wejścia do sali wystawowej (reklama, nie blondynka) z jego pracami, a "on tej firmy nie wspiera". No i gdyby nie ta werbalna sprzeczka między panem fotografem a przedstawicielami Photomonth, rozgrywająca się dokładnie w momencie przekroczenia przeze mnie progu galerii Camelot, pewnie nie wiedziałbym, że mam okazję oglądać wystawę tego giganta współczesnej fotografii w obecności niego samego.

I jak tu nie wierzyć w przypadek?

Ucięliśmy sobie potem krótką pogawędkę. Najbardziej spodobała mi się odpowiedź Glena na moje prowokacyjne stwierdzenie, że większość z tych jego zdjęć zostałaby zjechana na każdym forum fotograficznym (przez nieostrość, wypalenia, etc.): - I don't give a shit 'bout it.
W końcu pozwolił się sfotografować. Obejrzał efekty na wyświetlaczu mojego aparatu, po czym (równie prowokacyjnie, jak ja wcześniej) stwierdził: - Yeah, you can improve all that in Photoshop.

Wystawa Glena E. Friedmana nosi tytuł "Fuck you all". Fotografie pochodzą w większości z lat 70. i 80. On sam pochodzi z rocznika 1962, zatem niektóre z nich zrobił jeszcze jako nastolatek (!):
"Cykl FUCK YOU ALL, składający się ze zdjęć z dwóch serii FUCK YOU HEROES i FUCK YOU TOO charakteryzuje intensywność życia i energia tkwiąca w pokazywanych zjawiskach kulturowych. Friedman był dokładnie w epicentrum każdego z nich, obserwował ich narodziny. Zanim jeszcze ktokolwiek inny zdołał je uchwycić i zrozumieć, on już tkwił w nich mocno i dokumentował. Najpierw skateboardning (Tony Alva, Jay Adams, Alan „Ollie” Gelfand, Stacy Peralta), następnie scenę punkrockową zachodniego wybrzeża (Minor Threat, Black Flag), na koniec rap (Beastie Boys, Ice-T) i hip-hop (Run-D.M.C)."


za: photomonth.com



Strona Glena E. Friedmana: www.burningflags.com



Bardziej Photo, niż Month





"Nie śpię, nie śpię, zwiedzam...!"
- wiem, wiem, mam lekki zastój w blogowaniu. Nie przekłada się to jednak zupełnie na fotografowanie.
Między dwoma ostatnimi notami istnieje niemal miesiąc poślizgu; na temat poślizgu nie będę się rozwodził, za to na temat miesiąca - i owszem.

W Krakowie trwa bowiem jeszcze Miesiąc Fotografii (Photomonth). Udało mi się tam z tej okazji zajrzeć dwa razy: będąc na ślubie Krótkiego i Olgi, a potem z zupełnie własnej inicjatywy. Dziś wróciłem właśnie z tego "drugiego razu", dlatego też zjawią się tu jeszcze dwie zupełnie nowe notki.

Do tej, wyjątkowo, zamiast fotografii załączam skan. Oto plakat-logo-ulotka Miesiąca Fotografii - z autografem. Autograf złożył Glen E. Friedman. Jak do tego doszło - o tym już niedługo.



sobota, 10 maja 2008

Praha, moje laska


Praga, ul. 28 října
piątek, 2. maja 2008, 7:28



Miasto, gdzie każdy z każdym, wszędzie i o każdej porze.
Dziewięć godzin po wejściu do pociągu na stacji Tychy, postawiłem stopę na praskim peronie. Ale już nie sam.
3. maja o godz. 12.06 wchodziłem do pociągu na stacji Praha hlavní nádraží. Osiem godzin później postawiłem stopę na stopniach własnego domu. Ale już nie taki sam.

Pojazd po górnych piętrach, c'nie? Powiem szczerze - wrzucam takie zdjęcie i tak krótki tekst, bo pisać więcej i tak nie ma sensu. Pytań jest zbyt dużo, bym potrafił je wszystkie jasno tutaj wyłożyć. Fotografia jest ułomna. Moje pisaczenie też.

- Dlaczego w pięciu, a nie sam?
- Kim jest Anička?
- Kto wchodzi do mieszkania o 8.30 i nie przedstawia się?
- Co pisze się o trzeciej w nocy, i to razy dwa?
- Dlaczego lubię okna umieszczone na łuku?
- Kim jest Milan?
- Kim jest Veronika?
- Kim jest Jizi?
- Kim jest Ole?
- Kim jest Eva?
- Kim jest Tomáš?

i...
- CO ZA PRZEKLĘTA KOBIETA Z TEJ PRAGI?

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Dynamit z kapturem


Jaworzno, klub fitness/siłownia "Euro Gym"
sobota, 12. kwietnia 2008, 11:34



"Dynamit to materiał wybuchowy wynaleziony przez Alfreda Nobla (opatentowany w 1867 roku). Początkowo zawierał 75% nitrogliceryny i 25% ziemi okrzemkowej. (...)" (za: pl.wikipeda.org)

Sama chemia, można powiedzieć, z tego dynamitu. Rzecz wszak oczywista. Piszą też, że dynamit obecnie występuje w laskach. W laskach? Trochę to dziwne, bo ja niezupełnie laski miałem na myśli, ale że z chemii zawsze byłem słaby, to na wypadek omyłki w rozumowaniu - na umieszczonej wyżej fotografii znajduje się też rzeczona laska.
Natomiast rzecz cała rozbija się o to, co obok laski, wręcz ofensywno-ekstrawertycznym frontem do niej.

To Mariusz.

Człowiek, któremu energia tryska wszystkimi możliwymi otworami ciała (przenośnia taka...) i wciąż jest jej ponad stan.
Co do przenośni, to ten kaptur w tytule jest takim symbolem, alegorią - hip-hopu. Mariusz-dynamit + kaptur-hiphop = Mariusz Instruktor Tańca Hip-Hop. Uff, ale się porobiło.
A wszystko dzięki uprzejmości osobistej mej koleżanki klasowej, Ady, która pod okiem (przeważnie) Mariusza szalenie ponętnie kręci piruety.

piątek, 11 kwietnia 2008

Porażka fotoreportera


Katowice, ul. 3 Maja
piątek, 11. kwietnia 2008, 8:01



Uśmiechając się do siebie, można w ogóle nie zauważyć katastrofy. Tak jak ja dziś rano.
Z zamiarem nabycia dziś zupełnie nowej, nieśmiganej optyki, zabrałem ze sobą aparat - by w sklepie przetestować sobie ten nowy sprzęcior z moim body. Najpierw pomyślałem, że to przekichane, że dziś będzie ciepło, a nie dość, że z plecakiem na plecach (bo do szkoły), to jeszcze z torbą foto trzeba się taszczyć.
Potem poranny spacer ulicą 3. maja - wolnym krokiem, sztachając poranne dymy miasta. I znikąd pojawia się taki oto cudny obrazek.

Od Rynku aż do estakady przy dworcu trwało śledzenie obiektu, aż fotoreporter się przełamał i podjął próbę zagadnięcia przyszłych modeli.
Jako, że zgoda była natychmiastowa, zastrzyk serotoniny do mózgu tegoż pierwszego spowodował szeroko uśmiechniętą reakcję od razu po naciśnięciu spustu migawki, szybkie 'dziękuję' i natychmiastowy w tył zwrot, co by już dłużej nie męczyć modeli swoją obecnością.

Znamiona katastrofy uwidoczniły się dopiero u szczytu estakadowych schodów. A jak ona ma na imię? A jak wabi się ten przekochany husky? W ogóle, skąd oni się tam wzięli?
Tym sposobem mamy kochaniutką fotografię dziewczyny o cygańskiej urodzie i jej pieska. Która poza ewentualnym walorem wizualnym nie posiada zupełnie nic.

piątek, 4 kwietnia 2008

Dżipitu, trzy lata później


Tychy, Al. Jana Pawła II
środa, 2. kwietnia 2008, 21:51



- ...i nie będziesz mi tu biegał jak idiota - powiedział łysy, choć młody, postawny pan, strofując niesfornego synka. - To jest czas zadumy, wspominać trzeba, modlić się - dodał.
Obaj udawali się w kierunku Alei JP II.
Trzeci rok od śmierci polskiego papieża. Cośmy się nie naobiecywali, kiedy umierał. Że będziemy lepsi, że coś tam. Jak wyszło? Chyba - jak zwykle. Ale odpowiedź nie jest zupełnie oczywista, co może być drobnym powodem do radości. Bądź co bądź, Aleja Jana Pawła była w tym roku i tak całkiem pokaźnie zaludniona. Nie tak pokaźnie jednak jak w poprzednim.
Ktoś płakał. Cudownie czasem zobaczyć łzy.
Zabrakło policji, która przymknęłaby ruch na parę minut, ludzie nie dopychaliby się wzajemnie za barierę krawężnika. W stosunku do roku poprzedniego jest to zatem zmiana na minus.
Absencja proboszcza kościoła św. Benedykta i jego sprzętu nagłośnieniowego również była zauważalna. Tym razem ksiądz się postarał i nie przyszedł. Bogu dzięki.

Na fotografii - Izabela, w towarzystwie rodziców, zapala jeden z setek zniczy, które - ustawione gęsiego wzdłuż całej Alei Jana Pawła II - przypominają o rocznicy śmierci papieża.
Jak dumnie przyznał jej tata, przychodzą tutaj co roku.

niedziela, 23 marca 2008

5:20


Tychy, dookoła kościoła p.w. Krzyża Świętego
Wielkanoc, 23. marca 2008, 6:13



Moja Wielkanoc rozpoczęła się pierwszy raz w życiu
o 5:20. Wtedy trzeba było zerwać się z wyra, żeby zdążyć na jadący (jak zwykle) pięć minut za wcześnie autobus, w kierunku kościoła.

Rezurekcja w większości kościołów łączona jest obecnie z obrzędami Wigilii Paschalnej, czyli Wielkiej Soboty. Dlatego też proboszcz, ks. Krzysztof Anczok, na koniec półtoragodzinnej Mszy Św., przepraszał parafian, że zmusił ich do takiego poświęcenia i mimo wszystko kazał przyjść na punkt szóstą rano.

My, chrześcijanie, faktycznie mamy na głowie taki stos poświęceń, że aż się człowiek skręca jak ruski termos...


(Kubica drugi w GP Malezji! Oglądałem od 7:45:)

Pogramy w koszyczka?



Tychy, kościół p.w. Krzyża Świętego
Wielka Sobota, 22. marca 2008, 11:16



Ten Tryptyk ma cztery części. Pierwszej (czwartkowej) brakuje; niedzielnej już nie zabraknie. Jest to pewnie jeden z tych przypadków, kiedy nawet liczenie na siebie zawodzi. Ale nie o tym.
Bo zawsze fajnie pójść ze święconym. Mam pecha, bo ksiądz nigdy nie trafia we mnie, kiedy kropi wodą święconą. Może powinienem sprawić sobie własny koszyk i odebrać prymat siostrze? Rozważę to do przyszłego roku.

Tymczasem - do zobaczenia w niedzielę, kiedy On już wstanie z tego krzyża i skończy się koegzystencja koszyczka i hańbiącego drzewa.

Trzecia godzina dnia




Tychy, mój dom własny
Wielki Piątek, 21. marca 2008, 14:58


Trzecia godzina dnia, tego dnia, to był czas, żeby zdać sobie sprawę, że to TA trzecia godzina TEGO właśnie dnia.

I znów, nie wychodząc na "kościółkowca", pragnę jednocześnie nadmienić, że dla chrześcijan to cholernie ważna godzina. Dlatego trzy fotografie - na Trzecią Godzinę. Tak, dwie minuty przed nią, wyglądał mój pokój. Mama dokańczała robić obiad. Jedliśmy go razem przy stole.

A co Ty robiłeś o Trzeciej?

Zacni alumni


Katowice, archikatedra Chrystusa Króla
Niedziela Palmowa,
16. marca 2008, 16:23



Jak młody, to nie zawsze zaczyna od przeklinania Ojca Rydzyka. Bywają i tacy, których ten nieszczęsny facet naprawdę niewiele obchodzi w całokształcie działań kościoła.
Do Archikatedry się wspomniana młodzież w tysiącach liczona zwaliła; napuszony chodzę od tamtej niedzieli, bo moja osobista koleżanka, jak się później okazało, śpiewała w katedralnym chórze. A chór czadu, zaiste, dał.

A wracając na ziemię - uderza kontrast obu deszczowych dni. Piątek i Tyska Droga Krzyżowa - odsyłam do posta niżej. Niedziela i Światowy Dzień Młodzieży w Katowicach - niby dżdżyło, ale uśmiechu było co nie miara. Pozostaje tylko zazdrościć tym, którzy wylecą latem na Światowe Dni Młodzieży do Sydney.

wtorek, 18 marca 2008

Strzeż mnie, Ojcze


Tychy, ul. Wyszyńskiego
Piątek, 14. marca 2008, 19:17



Bo mnie to niezwykle wprost drażni.
Spójrz na zdjęcie - coś nie gra, prawda? W kampanii House'a w ogóle coś nie gra. Skrzeczy!
Nie chcę być wzięty za katola-ortodoksa, materiał na przyszłego księdza, o dziwnie zniewieściałym głosie. Mówię barytonem, śpiewam tenorem, jestem także zatwardziałym heteroseksualistą cierpiącym na brak skłonności ku celibatowi. Jednakże widok billboard'u z modelem, zdeklarowanym 'dziewicem', który przy innej okazji wywala jęzor w dość obscenicznym, bynajmniej mało 'dziewiczym' geście, wkurwia mnie po prostu.
I to nie dlatego, że mam coś przeciwko 'odważnym' kampaniom reklamowym.

Mam coś przeciwko wycieraniu sobie komercyjnego tyłka moim Ojcem. Ja wiem, że Rydzyk, że księża pedofile, że papież Niemiec, że pogoda brzydka - ale od mojego Kościoła wara. Rzadko szczerze gadam z Bogiem, cholernie dużo kosztuje mnie (i zazwyczaj nie udaje) trzymanie się tych wszystkich zasad. Dlatego mam powyżej uszu ignorancji debila-marketingowca, który siedząc przy swoim lajfstajlowym biureczku i popijając świeżo zmieloną kawę ze świeżo zerwanych ziaren pierdolka kolumbijskiego nabija konta swojej Komerszal Kompany za pomocą słów, które dla miliarda ludzi na świecie znaczą wszystko, albo jeszcze więcej.

Amen.

P.S. Zdjęcie z Tyskiej Drogi Krzyżowej. Wzięło w niej udział - lekko licząc - kilka tysięcy tyszan. Jakkolwiek można wiele powiedzieć o stanie polskiego katolicyzmu, to oni wszyscy tam przyszli i przeszli pół miasta, chociaż na pogodę można było chyba tylko kląć.

P.P.S. A z tych przekleństw dzisiejszych to się będę spowiadał jeszcze, he he. Dobranoc.

niedziela, 9 marca 2008

Obcy Ósmy (marca)


Tychy, dom mój własny
sobota, 8. marca 2008, 16:33




Niech nam żyje ósmy marca (i tata, który funduje kwiaty dla domowych kobiet)!
Dopiero co dostała tulipana i różę, a już dziś zbierze kolejne żniwo. Moja siostra, jako dojrzała 11-letnia kobieta, będzie fetować swoje niedawne urodziny w rodzinnym gronie. Będą też sałatki i schab ze śliwką.

Tulipan to prezent od ojca. W wazonie obok stała jeszcze róża ode mnie. Ale kto nie kocha stereotypów (tylko gdzie są, k**wa, goździki?)...

Pograjmy w "auto"


Katowice, Dąbrówka Mała
piątek, 7. marca 2008, 16:50




U mnie na placu mówiło się na to "Maryna".
Zasady są takie:

1. Gra się do jednej bramki, chodzi o to, by danemu bramkarzowi strzelić jak najwięcej goli.
ALE:
2. Piłki można dotknąć tylko raz (chyba, że bramkarz się zgodzi na ponowne dotknięcie). W przeciwnym razie - samemu staje się na bramce.
3. Niecelny strzał = stoisz na bramce.
4. Słupek, poprzeczka, strzał z główki - ratują przed stanięciem na bramce.
5. Gra się zazwyczaj do 10 goli na bramkarza. To straszny wstyd, kiedy się tyle wpuści - ale jeżeli tylko ktoś podczas gry zmieni cię na bramce - dotychczas wpuszczone gole się kasują.

Więcej nie pamiętam. Nie grałem w "Marynę" z 10 lat.
Chłopaki dość speszeni byli obecnością obiektywu, ale kiedy zobaczyli na wyświetlaczu serię swoich zdjęć "w akcji" - strzały z główki, efektowne obrony, itp - przekonali się.
W tle szarość dzielnicy Dąbrówka.

Oryginał krakowskie!


Katowice - rynek
środa, 5. marca 2008, 12:02



- Po imprezie jestem... widać?
- No, trochę widać...


Jedliście kiedyś obwarzanki? No dobrze, a jedliście je w Krakowie? W porządku, a w Katowicach? I co? Krakowskie lepsze? No pewnie.
Bzdura!
W Katowicach sprzedaje się oryginalne krakowskie obwarzanki. Z Krakowa. Ktoś tu zatem na pewno oszukuje.

Bo ja dowiedziałem się od pana Władka, którego mamy tutaj na fotografii, że dzięki niemu wszystkie obwarzankowe budki w okolicach katowickiego rynku i dworca są regularnie zaopatrzane w ten małopolski specjał. - Oryginał krakowskie! - zapewniał.
Tym razem, będąc w charakterze sprzedawcy - a nie dostawcy - obwarzanków, zastępował swoją koleżankę. Co prawda, był trochę nie w formie, ale nie stanowiło to żadnej przeszkody.

Muzyka Psychodelicznej Świtezianki


Tychy, Kloster Pub
piątek, 29. lutego 2008, 21:45




"Miedzy niebem a piekłem
Pośród słynnych bezdroży
Co je lotem starannie omija Duch Boży
Stoi karczma stara w której widma opojów
Święcą tryumfy szałów swych pijackich znojów..."
"Karczma" - sł. Bolesław Leśmian, muz. Robert Jaworski

Nasza karczma gibała się w posadach przez cały pogański piątek. Duch topielca Wiesława unosił się nad rozskakaną gawiedzią, kiedy średniowieczna lira korbowa pod palcami Roberta Jaworskiego zawodziła na swą demoniczną nutę.
"Żywiołak" zamienił Kloster Pub na krytą strzechą karczmę, gdzie słowiański demon chwycił mnie za fraki i wytarmosił po całej sali. To pierwszy ich koncert w Tychach - w ramach promocji pierwszego supersingla grupy, którego tytuł nosi ten post.
Trzech pomyleńców i dwie prawdziwe wiedźmy na scenie. Nie piszę dalej, bo opisać się tego młyna nie da. Za podsumowanie niech posłuży fakt, że wybaczyłem im nawet warszawskie korzenie.
Dziko było.

www.zywiolak.pl
www.myspace.com/zywiolak

sobota, 8 marca 2008

Łi dont giw e fak

Nie leżę brzuchem do góry (w każdym razie - nie permanentnie), nie porzuciłem fotografii (jeszcze), nie utopił mi się aparat (a blisko było), nie zabiła mnie rurka z kremem (ryzykowałem).

Stało się coś znacznie gorszego.

...

Od ponad tygodnia.
Nie miałem.
Internetu.

(aż dziwne, że człowiek potrafi tyle przeżyć...)


PS. Przez ten czas trochę się nazbierało. Materiały nie będą pierwszej świeżości, ale uprasza się o nie sugerowanie się zapaszkiem.

niedziela, 24 lutego 2008

22. lutego padają sobie w objęcia


Tychy, salki kościoła św. Benedykta
sobota, 23. lutego 2008, 20:04




Każda harcerka, harcerz, skautka i skaut na całym świecie 22. lutego niemalże padają sobie w objęcia. Niemalże, bo tych harcerek, harcerzy, skautek i skautów jest całkiem sporo i naraz wpadając sobie w ramiona, mogliby spowodować, na przykład, sporo wypadków drogowych. Dokładnie około 28.000.000 wypadków. W 156 krajach. Bo jak tu prowadzić auto ze skautem (skautką) uwieszonym(ą) na szyi?
Wszystko przez niejakiego Roberta Baden-Powell'a, brytyjskiego generała, oraz jego żonę, których urodziny przypadają właśnie tego dnia. W tym roku była to 151. rocznica w przypadku pana Roberta, oraz 119. w przypadku jego przemiłej żony.
Nie byłoby w tej uroczej parze nic szczególnego, gdyby to nie oni u początków przerypanego XX. wieku stworzyli caluteńki światowy skauting.

Tyskie harcerki, wsparte druhnami z Raciborza oraz tzw. "starą gwardią" (złośliwi mówią coś o "starych koniach"), dokładnie dzień później uczcili tę rocznicę - zwaną w środowisku "Dniem Myśli Braterskiej" - zasiadając razem przy świecowisku.

Na fotografii - powracający do harcerstwa po kilkuletniej przerwie Michał Siek odpala 'kominek' wraz z najmłodszą z druhen.

"Co by się nie działo - ciągle i niezmordowanie czuwaj!" [przyp. ałtora, też harcerza, a jak]

Światowe Biuro Skautowe
Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej
Związek Harcerstwa Polskiego

czwartek, 14 lutego 2008

Piłka jest okrągła, a ojciec jest JEDEN


Bieruń, hala II LO
wtorek, 12. lutego 2008, 22:01




Ten facet po lewej ma prawie 45 lat i co wtorek wieczorem biega za piłką. W gronie o 10, 20 lat młodszych kolegów. Wraz ze swoim 18-letnim synem. Między synem a kolegami różnica jest taka, że ci drudzy często nie wiedzą, że kiwa ich o połowę starszy gość.
Po meczu do szatni i pod prysznic – ale zanim co, trzeba złapać oddech po 1,5 godziny wyczerpującego spotkania. Nikt nie wie, jaki był wynik – kto by się przejmował takimi bzdurami?

Za tydzień też gram z ojcem w nogę.

piątek, 8 lutego 2008

- Surdopedagogika. - Co?


Katowice, budynek Polskiego Związku Głuchych, ul. Pod Młynem 1b
piątek, 8. lutego 2008, 17:00




- Mnie, na przykład, po migowemu mówi się łatwiej niż normalnie - rzekł był pan Łukasz, wykładowca i tłumacz przysięgły (!) języka migowego.
Dziewczyny postanowiły wziąć to sobie do serca. Od lewej: Ola Raszka, Agata Rockstein, Ania Słupska, Hania Lytek i Marta Szweda przygotowują się do egzaminu państwowego z języka migowego - pierwszy stopień. Nauczą się 350 znaków.
Niedługo rozpoczynają społeczną pracę z dziećmi niesłyszącymi, będą także za darmo uczyć migowego uczniów II LO w Katowicach, do którego same uczęszczają.
Na zdjęciu: powtórka liczebników.

Prasówka wg L. Maud Montgomery


Warszawa - garderoba Stołecznego Centrum Edukacji Kulturalnej, ul. Jezuicka 4
czwartek, 7. lutego 2008, 14:12




Przychodzi taka chwila w życiu kobiety, że zaczyna marzyć o cudownej sukience z bufiastymi rękawkami. No ogół okres ten przypada na czas lektury książek Lucy Maud Montgomery. Żaden facet nie wie, dlaczego. Chyba, że czyta dziewczyńskie książki, he, he.

Ola Nowak, polska aktorka hiszpańskojęzycznego teatru, lat 19. Wysoka, ciemne oczy, karminowe usta i taki charakterek, że czasami cholera człowieka bierze.
Ola umiera kilka razy dziennie (a w każdym razie na tyle często to oznajmia). Żyje w permanentnym stresie, którego objawy bywają zagrożeniem dla życia i zdrowia wszelkich istot żywych w promieniu 5 m. W obliczu ważnych wydarzeń (tu: spektakli), owo niebezpieczeństwo osiąga poziom krytyczny. Chyba, że Ola znajdzie sposób na skanalizowanie swoich emocji przed wyjściem na scenę.
W garderobie, zupełnie przypadkiem, znalazła się śliczna, różowa sukienka rodem z Zielonego Wzgórza. Nie sposób było pogardzić taką tekstylną gratką. Sukienka szybciutko znalazła się na ramionach Oli, a Ola równie szybciutko stanęła pod garderobianą ścianą. Półtorej godziny do spektaklu, pół godziny do próby – a założenie sukienki to tylko kilka sekund...

***

Spektakl pod tytułem "Por otro lado de la cama" ("Po drugiej stronie łóżka"), wystawiony przez szkolny teatr II LO w Katowicach, podczas III Konkursu Teatrów Szkolnych w Języku Hiszpańskim, odpalił o 16.00. Ola zagrała jedną z dwóch głównych ról żeńskich.
Wśród widzów znalazł się skądś Conrado Moreno, ale z braku wolnych siedzeń zajął miejsce stojące.

niedziela, 3 lutego 2008

Najmłodszy Port


Tychy - szkoła muzyczna im. Feliksa Rybickiego
sobota, 2. lutego 2008, 20:59



Na scenie festiwalu szantowego "Port Pieśni Pracy 2008" - edycja zimowa - kończy grać "Stary Szmugler". Za chwilę koncert zespołu "Perły i Łotry", ulubieńca tyskiej publiczności.
A na trapie, udającym schodki prowadzące na scenę, folkowym brzmieniom przysłuchuje się Sandra, lat 7. To stała bywalczyni szantowych koncertów. - Zawsze jestem na szantach, tych latem też - wyjaśnia.
Dzieci na "Port" wchodzą za darmo. Na tegorocznym PPP stanowiły najbardziej rozbrykaną część publiczności, zgromadzonej (bardzo) bezpośrednio pod sceną. Nie bez irytacji zauważyło to wielu trochę starszych portowiczów, którzy jednak 8 godzin koncertów (!) woleli przesiedzieć.
Sandra nie przyszła tu tylko dlatego, że rodzice ją zabrali. - Wszystkie te zespoły lubię - dodaje po chwili zastanowienia.

czwartek, 31 stycznia 2008

Tyś je stary chop!


Katowice - ul. Stawowa
środa, 30. stycznia 2008, 12:38



Zaczepił mnie, kiedy czatowałem z aparatem przed starą pedałówą na Stawowej. Miałem nadzieję na fotografie dzieci dyndających na bramie wjazdowej, czy coś podobnego. Nie zdążyłem porządnie zmierzyć światła, celując w mur podstawówki - kiedy przeszedł przede mną niewysoki, mocno już starszy pan w okularach. - Jo żech tu do tyj szkoły chodził! A tam, kaj tyn najwyższy balkon, to żech miyszkoł!
Pan Józef Hirsch, zamieszkały w Katowicach, wiek - na oko, dawno stuknęła sześćdziesiątka. Jeszcze "za Niemca" się tu uczył. - Miyszkoł żech wtedy na Plebiscytowej, nigdy ze szkoły niy mógł żech trafić do dom. I tukej była tako staro, drzewiano brama. Terozki to wyremontowali, elegancko to wyglondo.
Obecnie pomieszkuje na Różanej. Ma centralne ogrzewanie, gaz, prąd i łazienkę w domu. Kąpie się codziennie. - Elegancko, i płaca co miesionc ino ***,** zł - zachwala. Żona i dzieci w USA. - Był żech tam u nich rok czy dwa tymu. Niy podobało mi sie.
Kiedy go spotkałem, był na spacerze. - Ida kaj mie nogi poniosom. Przepraszom, do widzynio.