niedziela, 23 marca 2008

5:20


Tychy, dookoła kościoła p.w. Krzyża Świętego
Wielkanoc, 23. marca 2008, 6:13



Moja Wielkanoc rozpoczęła się pierwszy raz w życiu
o 5:20. Wtedy trzeba było zerwać się z wyra, żeby zdążyć na jadący (jak zwykle) pięć minut za wcześnie autobus, w kierunku kościoła.

Rezurekcja w większości kościołów łączona jest obecnie z obrzędami Wigilii Paschalnej, czyli Wielkiej Soboty. Dlatego też proboszcz, ks. Krzysztof Anczok, na koniec półtoragodzinnej Mszy Św., przepraszał parafian, że zmusił ich do takiego poświęcenia i mimo wszystko kazał przyjść na punkt szóstą rano.

My, chrześcijanie, faktycznie mamy na głowie taki stos poświęceń, że aż się człowiek skręca jak ruski termos...


(Kubica drugi w GP Malezji! Oglądałem od 7:45:)

Pogramy w koszyczka?



Tychy, kościół p.w. Krzyża Świętego
Wielka Sobota, 22. marca 2008, 11:16



Ten Tryptyk ma cztery części. Pierwszej (czwartkowej) brakuje; niedzielnej już nie zabraknie. Jest to pewnie jeden z tych przypadków, kiedy nawet liczenie na siebie zawodzi. Ale nie o tym.
Bo zawsze fajnie pójść ze święconym. Mam pecha, bo ksiądz nigdy nie trafia we mnie, kiedy kropi wodą święconą. Może powinienem sprawić sobie własny koszyk i odebrać prymat siostrze? Rozważę to do przyszłego roku.

Tymczasem - do zobaczenia w niedzielę, kiedy On już wstanie z tego krzyża i skończy się koegzystencja koszyczka i hańbiącego drzewa.

Trzecia godzina dnia




Tychy, mój dom własny
Wielki Piątek, 21. marca 2008, 14:58


Trzecia godzina dnia, tego dnia, to był czas, żeby zdać sobie sprawę, że to TA trzecia godzina TEGO właśnie dnia.

I znów, nie wychodząc na "kościółkowca", pragnę jednocześnie nadmienić, że dla chrześcijan to cholernie ważna godzina. Dlatego trzy fotografie - na Trzecią Godzinę. Tak, dwie minuty przed nią, wyglądał mój pokój. Mama dokańczała robić obiad. Jedliśmy go razem przy stole.

A co Ty robiłeś o Trzeciej?

Zacni alumni


Katowice, archikatedra Chrystusa Króla
Niedziela Palmowa,
16. marca 2008, 16:23



Jak młody, to nie zawsze zaczyna od przeklinania Ojca Rydzyka. Bywają i tacy, których ten nieszczęsny facet naprawdę niewiele obchodzi w całokształcie działań kościoła.
Do Archikatedry się wspomniana młodzież w tysiącach liczona zwaliła; napuszony chodzę od tamtej niedzieli, bo moja osobista koleżanka, jak się później okazało, śpiewała w katedralnym chórze. A chór czadu, zaiste, dał.

A wracając na ziemię - uderza kontrast obu deszczowych dni. Piątek i Tyska Droga Krzyżowa - odsyłam do posta niżej. Niedziela i Światowy Dzień Młodzieży w Katowicach - niby dżdżyło, ale uśmiechu było co nie miara. Pozostaje tylko zazdrościć tym, którzy wylecą latem na Światowe Dni Młodzieży do Sydney.

wtorek, 18 marca 2008

Strzeż mnie, Ojcze


Tychy, ul. Wyszyńskiego
Piątek, 14. marca 2008, 19:17



Bo mnie to niezwykle wprost drażni.
Spójrz na zdjęcie - coś nie gra, prawda? W kampanii House'a w ogóle coś nie gra. Skrzeczy!
Nie chcę być wzięty za katola-ortodoksa, materiał na przyszłego księdza, o dziwnie zniewieściałym głosie. Mówię barytonem, śpiewam tenorem, jestem także zatwardziałym heteroseksualistą cierpiącym na brak skłonności ku celibatowi. Jednakże widok billboard'u z modelem, zdeklarowanym 'dziewicem', który przy innej okazji wywala jęzor w dość obscenicznym, bynajmniej mało 'dziewiczym' geście, wkurwia mnie po prostu.
I to nie dlatego, że mam coś przeciwko 'odważnym' kampaniom reklamowym.

Mam coś przeciwko wycieraniu sobie komercyjnego tyłka moim Ojcem. Ja wiem, że Rydzyk, że księża pedofile, że papież Niemiec, że pogoda brzydka - ale od mojego Kościoła wara. Rzadko szczerze gadam z Bogiem, cholernie dużo kosztuje mnie (i zazwyczaj nie udaje) trzymanie się tych wszystkich zasad. Dlatego mam powyżej uszu ignorancji debila-marketingowca, który siedząc przy swoim lajfstajlowym biureczku i popijając świeżo zmieloną kawę ze świeżo zerwanych ziaren pierdolka kolumbijskiego nabija konta swojej Komerszal Kompany za pomocą słów, które dla miliarda ludzi na świecie znaczą wszystko, albo jeszcze więcej.

Amen.

P.S. Zdjęcie z Tyskiej Drogi Krzyżowej. Wzięło w niej udział - lekko licząc - kilka tysięcy tyszan. Jakkolwiek można wiele powiedzieć o stanie polskiego katolicyzmu, to oni wszyscy tam przyszli i przeszli pół miasta, chociaż na pogodę można było chyba tylko kląć.

P.P.S. A z tych przekleństw dzisiejszych to się będę spowiadał jeszcze, he he. Dobranoc.

niedziela, 9 marca 2008

Obcy Ósmy (marca)


Tychy, dom mój własny
sobota, 8. marca 2008, 16:33




Niech nam żyje ósmy marca (i tata, który funduje kwiaty dla domowych kobiet)!
Dopiero co dostała tulipana i różę, a już dziś zbierze kolejne żniwo. Moja siostra, jako dojrzała 11-letnia kobieta, będzie fetować swoje niedawne urodziny w rodzinnym gronie. Będą też sałatki i schab ze śliwką.

Tulipan to prezent od ojca. W wazonie obok stała jeszcze róża ode mnie. Ale kto nie kocha stereotypów (tylko gdzie są, k**wa, goździki?)...

Pograjmy w "auto"


Katowice, Dąbrówka Mała
piątek, 7. marca 2008, 16:50




U mnie na placu mówiło się na to "Maryna".
Zasady są takie:

1. Gra się do jednej bramki, chodzi o to, by danemu bramkarzowi strzelić jak najwięcej goli.
ALE:
2. Piłki można dotknąć tylko raz (chyba, że bramkarz się zgodzi na ponowne dotknięcie). W przeciwnym razie - samemu staje się na bramce.
3. Niecelny strzał = stoisz na bramce.
4. Słupek, poprzeczka, strzał z główki - ratują przed stanięciem na bramce.
5. Gra się zazwyczaj do 10 goli na bramkarza. To straszny wstyd, kiedy się tyle wpuści - ale jeżeli tylko ktoś podczas gry zmieni cię na bramce - dotychczas wpuszczone gole się kasują.

Więcej nie pamiętam. Nie grałem w "Marynę" z 10 lat.
Chłopaki dość speszeni byli obecnością obiektywu, ale kiedy zobaczyli na wyświetlaczu serię swoich zdjęć "w akcji" - strzały z główki, efektowne obrony, itp - przekonali się.
W tle szarość dzielnicy Dąbrówka.

Oryginał krakowskie!


Katowice - rynek
środa, 5. marca 2008, 12:02



- Po imprezie jestem... widać?
- No, trochę widać...


Jedliście kiedyś obwarzanki? No dobrze, a jedliście je w Krakowie? W porządku, a w Katowicach? I co? Krakowskie lepsze? No pewnie.
Bzdura!
W Katowicach sprzedaje się oryginalne krakowskie obwarzanki. Z Krakowa. Ktoś tu zatem na pewno oszukuje.

Bo ja dowiedziałem się od pana Władka, którego mamy tutaj na fotografii, że dzięki niemu wszystkie obwarzankowe budki w okolicach katowickiego rynku i dworca są regularnie zaopatrzane w ten małopolski specjał. - Oryginał krakowskie! - zapewniał.
Tym razem, będąc w charakterze sprzedawcy - a nie dostawcy - obwarzanków, zastępował swoją koleżankę. Co prawda, był trochę nie w formie, ale nie stanowiło to żadnej przeszkody.

Muzyka Psychodelicznej Świtezianki


Tychy, Kloster Pub
piątek, 29. lutego 2008, 21:45




"Miedzy niebem a piekłem
Pośród słynnych bezdroży
Co je lotem starannie omija Duch Boży
Stoi karczma stara w której widma opojów
Święcą tryumfy szałów swych pijackich znojów..."
"Karczma" - sł. Bolesław Leśmian, muz. Robert Jaworski

Nasza karczma gibała się w posadach przez cały pogański piątek. Duch topielca Wiesława unosił się nad rozskakaną gawiedzią, kiedy średniowieczna lira korbowa pod palcami Roberta Jaworskiego zawodziła na swą demoniczną nutę.
"Żywiołak" zamienił Kloster Pub na krytą strzechą karczmę, gdzie słowiański demon chwycił mnie za fraki i wytarmosił po całej sali. To pierwszy ich koncert w Tychach - w ramach promocji pierwszego supersingla grupy, którego tytuł nosi ten post.
Trzech pomyleńców i dwie prawdziwe wiedźmy na scenie. Nie piszę dalej, bo opisać się tego młyna nie da. Za podsumowanie niech posłuży fakt, że wybaczyłem im nawet warszawskie korzenie.
Dziko było.

www.zywiolak.pl
www.myspace.com/zywiolak

sobota, 8 marca 2008

Łi dont giw e fak

Nie leżę brzuchem do góry (w każdym razie - nie permanentnie), nie porzuciłem fotografii (jeszcze), nie utopił mi się aparat (a blisko było), nie zabiła mnie rurka z kremem (ryzykowałem).

Stało się coś znacznie gorszego.

...

Od ponad tygodnia.
Nie miałem.
Internetu.

(aż dziwne, że człowiek potrafi tyle przeżyć...)


PS. Przez ten czas trochę się nazbierało. Materiały nie będą pierwszej świeżości, ale uprasza się o nie sugerowanie się zapaszkiem.